maciekburdzy@gmail.com

Zduńskie opowieści to serwis o kaflach, piecach i kominkach. Przedstawia dawne urządzenia grzewcze. Pokazuje zdjęcia, ciekawostki historyczne, rysunki, własne i cudze artykuły oraz odkrycia i wspomnienia. Zawiera i informuje o wydarzeniach z branży zduńskiej oraz wystawach muzealnych. Wywołuje uczucia od melancholii po uśmiech. Buduje zamiłowanie do dawnych rzeczy, które przeminęły oraz promuje kulturę ognia.

Dzień z życia garncarza

Dodane: 28 Kwi 2014
Komentarzy: Off
Szósta rano, pobudka. Dziś wypał. Wstaję, pakuję biskwity i półtorej, dwie godziny jazdy do pieca. Marzę, żeby kiedyś mieszkać w jego pobliżu…
Na miejscu rozpakowuję naczynia, ustawiam wstępnie na blatach, tak żeby znaleźć optymalne rozmieszczenie. To mały piec, więc każdy centymetr jest na wagę czarki. Planuję co i jak szkliwić – różne masy, różne szkliwa, kilka eksperymentalnych próbek.
Miejsce w piecu ma znaczenie – więcej ognia i popiołu z przodu; z tył pod klapą najchłodniej, tam szkliwa wychodzą matowe; przy wlocie do komina najbardziej wieje ogniem.
Plan jest, teraz szkliwienie – dwie, trzy godziny polewania, zanurzania, chlapania…
Przygotowuję stożek pirometryczny nr 10 (jak się zegnie, będzie 1300st. C w piecu), masę na piny (kuleczki z ciasta kaolinowo-glinowego na których ustawia się naczynia w piecu) i ładuję piec. Jeszcze termopara do kontroli wzrostu temperatury, otworzyć komin, wyczyścić popielnik, kilka szczapek na rozpałkę (drewno na szczęście jest już porąbane) i wypał rusza.
Przez pierwszą godzinę powoli, spokojnie, niewielki ogień w popielniku do 100-150st. C, tak żeby odparować wodę ze szkliw i pinów. Przechodzę z ogniem na ruszt do paleniska i teraz już ostro 300-400st. C przyrostu na godzinę – mały piec, małe naczynia, mogę więc sobie na to pozwolić.
W komorze najpierw czerwono, przy 600st. C pojawia się żarzenie, tańczą pierwsze płomyki; temperatura rośnie, w piecu coraz jaśniej.
Pojawia się rytm – otwieram furtę, dokładam drewna, przygotowuję następną porcję, obserwuję temperaturę – rośnie, staje, spada – otwieram furtę, dokładam drewna…
Jest 1000st. C – następuje zmiana – robię redukcję, zmniejszając szybrem przekrój komina (wypał utleniający zmienia się w redukcyjny) Brakujący tlen ogień wyciąga z gliny i szkliw zmieniając je. Czuć inny zapach, płomienie stają się leniwe, rytm zyskuje pełnię.
Temperatura rośnie zdecydowanie wolniej, po każdym dorzuceniu drewna, najpierw spada – wtedy ogień szuka tlenu, wskakuje do komina z szumem, pojawia się w wizjerach; zatrzymuje się i zaczyna powoli rosnąć, czasem przekraczając wartość sprzed wrzutki, a czasem nie. Takie redukcyjne skoki.
Po pewnym czasie lekko odpuszczam redukcję, przyrost temperatury jest bardziej zdecydowany, i znów przymykam – redukcyjny balans.
Zależy mi na powolnym, równomiernym narastaniu temperatury – szkliwa wtedy ładnie i spokojnie płyną.
Zaglądam do środka – tu już żółto-biało, stożek widać jako lekki cień w jasności, zaczyna się zginać; kiedy dotknie czubkiem podłoża będzie w komorze 1300st. C – jemu ufam bardziej, termoparze mniej.
Końcowe pół godziny ze słońcem w piecu. Uważam, żeby nie przegiąć z temperaturą – szkliwa, glina są na granicy.
Ostatnia wrzutka i zamykam wszystkie otwory; pojawiają się kłęby czarnego, gryzącego dymu – koniec wypału.
Chodzę jeszcze jakiś czas wokół pieca, sprawdzam czy się nic nie zapala… Piec stygnąc całą zgromadzoną energię oddaje przez ściany otoczeniu – trzeba być czujnym.
Jestem zmęczony, ale jutro otwieram piec… Dobranoc.
01

 

Planujesz kominek, piec lub kuchnię kaflową? Marzysz o piecu chlebowym lub do pizzy?

Skorzystaj z naszej oferty:

+48 504 481 668, maciekburdzy@gmail.com, kaflarnia-zduny.pl.

Świadczymy usługi na terenie całej Polski.

Wybrane artykuł