maciekburdzy@gmail.com

Zduńskie opowieści to serwis o kaflach, piecach i kominkach. Przedstawia dawne urządzenia grzewcze. Pokazuje zdjęcia, ciekawostki historyczne, rysunki, własne i cudze artykuły oraz odkrycia i wspomnienia. Zawiera i informuje o wydarzeniach z branży zduńskiej oraz wystawach muzealnych. Wywołuje uczucia od melancholii po uśmiech. Buduje zamiłowanie do dawnych rzeczy, które przeminęły oraz promuje kulturę ognia.

Piec garncarski Robinsona Crusoe

Interesujący fragment prozy ze znanej opowieści Daniela Defoe pt. “Przypadki Robinsona Crusoe”. 

rozdział XXI

Na drugi więc dzień nakopałem sporo gliny, a umieściwszy ją w wielkiej żółwiej skorupie i nalawszy wody, zacząłem deptać. Po paru godzinach zdawało mi się, że już jest doskonale wyrobiona i postanowiłem wziąć się do formowania garnków. Murarstwo, ciesiołka, krawiectwo i wszystkie rzemiosła, których dotąd próbowałem, były igraszką, zabawką dziecinną w porównaniu do garncarstwa. Gdyby kto z boku przypatrywał się wszystkim niezgrabnym karykaturom garnków, naśmiałby się ze mnie, a może i pożałował. Ułożywszy na kamieniu dno garnka z gliny, potem dookoła lepiłem ściany. Nie udawało mi się zupełnie. Jakieś koślawe szkaradzieństwa wychodziły z rąk moich. Nieraz ciężar gliny psuł gotowe już naczynie, czasami ucho nazbyt ciężkie wyrywało bok cały — nie mogłem sobie w żaden sposób poradzić. Nareszcie ulepiłem coś, mającego podobieństwo do garnków. Wiadomo mi było, że garncarze roboty swe naprzód suszą na słońcu. Otóż przenosząc owe naczynia na miejsce, gdzie schnąć miały, potłukłem je na drobne kawałki i trzeba było wszystko od początku zaczynać. Innym razem znowu popękały od nagłej spiekoty słonecznej, trzeba więc było suszyć je wprzód w cieniu.

W kilka dni po tych pierwszych nieudolnych próbach, znalazłem o pół mili od mojego mieszkania gatunek glinki białej, daleko łatwiej ugnieść się i wyrobić dającej. Z tej, po dobrym wyrobieniu, udało mi się ukształtować dwa naczynia, którym nie umiem dać nazwy. Nie były to bowiem ani garnki, ani rynki, przerażały swą niezgrabnością, ale przecież mogły się na coś przydać. Kiedy je słońce dobrze wysuszyło, wstawiłem je w ogień, a obłożywszy dookoła, paliłem w nim przez parę godzin. Gdy zdawało mi się, że już mają dosyć, wyjąłem z żaru i chcąc spróbować, czy nie przeciekają, nalałem wody. Wtem obydwa naraz pękły i tak przepadł owoc kilkudniowej pracy. Zmartwiło mnie to niezmiernie, ale nie odstręczało bynajmniej od dalszych prób. Doświadczenie nauczyło mnie dwóch rzeczy. Naprzód, żeby nie robić zbyt wielkich naczyń, bo te daleko łatwiej się psują. Po wtóre, aby wysuszywszy pierwej na wietrze, wystawić następnie na słońce, a potem wypalać wprzódy wolnym, potem coraz mocniejszym ogniem, w końcu zaś znowu żar zmniejszyć i zostawić aż do zupełnego wygaśnięcia w ognisku.

Nadto uważałem, że naczynia wypalają się bardzo źle, jeżeli wiatr miota ogniem. Z zebranych zatem kamieni ułożyłem pod skałą coś na kształt pieca. Kamienie ustawione w półokrąg, przypierający do skalistej ściany jedną stroną, miały z boku mały otwór u dołu, dla lepszego ciągu powietrza. W tym tedy piecu zamierzałem odbywać dalsze próby garncarstwa.

Wyrobiwszy kilkanaście większych i mniejszych garnuszków, wstawiłem je w piec, obłożyłem dookoła gałązkami i podpaliłem je, dokładając potem drzewa coraz więcej. Na koniec, gdy garnki rozpaliły się do czerwoności, zostawiłem je w tym stanie przez parę godzin. Po wyjęciu i ostudzeniu okazały się wcale dobrymi. Wprawdzie nie miały pięknej formy, ale do użytku nadawały się doskonale i zaraz też sobie ugotowałem w jednym koziego mleka. Przepyszny był to przysmaczek i od tego czasu codziennie już miewałem gorące śniadanie. Dopiąwszy tak szczęśliwie celu długich zachodów, zabrałem się do robienia większych garnków. Tamte bowiem nie miały większej objętości nad kwaterkę. Już teraz robota szła mi daleko łatwiej, bo nabyłem wprawy, ale zawsze jeszcze garnki nie odznaczały się regularnością ścian. Mniejsza o to, byle tylko służyły do użytku. Wyrobiwszy z wielką trudnością dwa duże koślawce, podobne do wiaderek, wypaliłem je należycie, a mając wczoraj zabite koźlątko, postanowiłem ugotować rosołu. Nalałem więc wody, osoliłem dobrze i przystawiłem do ognia. Ale ku wielkiemu mojemu smutkowi glina przepuszczała wodę, tak że cała robota na nic się nie zdała. Przyczyną tego zapewne było złe wypalenie. Wstawiłem je więc na powrót w żar, trzymając w nim przez parę godzin. Po wyjęciu, gdym je począł oglądać, spostrzegłem z podziwem, że garnek w którym była woda, nabrał wewnątrz szkliwa, czyli polewy, drugi zaś wcale nie. Co mogło być tego powodem? Rozważając długo, przyszedłem wreszcie do wniosku, że zapewne sól to sprawiła. Rozpuściwszy więc garść soli w troszce wody, polałem tym rozczynem wewnątrz i zewnątrz garnek nie polewany i powtórnie włożyłem w ogień. Wynik przeszedł moje oczekiwania. Garnek nabrał pięknego szkliwa i przystawiony z wodą do ognia, nie przepuszczał jej wcale.

Tak więc zdałem egzamin na majstra garncarskiego.

robinson-crusoe-man-friday

Od czasu rozniecenia ognia i zrobienia garnków życie moje wielkiej uległo zmianie. Nie żywiłem się teraz, jak dziki człowiek, surowiznami, lecz co dzień na śniadanie miałem garnczek grzanego mleka, a do tego zamiast bułki, ziarnka gotowanej kukurydzy. Na obiad rosół, albo dla odmiany kawał pieczeni to koziej, to zajęczej, niekiedy znowu pieczyste z papugi lub innego jakiego ptaka. Deser stanowiły kokosy, ananasy lub banany. Wieczerzę miewałem z mięsnych resztek obiadu, z dodaniem dwóch lub trzech patatów, upieczonych w popiele. Przystawkami do tych dań bywały ostrygi, żółwie lub ptasie jaja na twardo albo na miękko ugotowane oraz morskie raki, które nieraz po odpływie morza chwytałem. Jadło to pożywne, bardzo zbawiennie wpływało na moje zdrowie, wycieńczone przebytą chorobą. Wyglądałem czerstwo i odzyskałem dawne siły.

 

Planujesz kominek, piec lub kuchnię kaflową? Marzysz o piecu chlebowym lub do pizzy?

Skorzystaj z naszej oferty:

+48 504 481 668, maciekburdzy@gmail.com, kaflarnia-zduny.pl.

Świadczymy usługi na terenie całej Polski.

Wybrane artykuł