maciekburdzy@gmail.com

Zduńskie opowieści to serwis o kaflach, piecach i kominkach. Przedstawia dawne urządzenia grzewcze. Pokazuje zdjęcia, ciekawostki historyczne, rysunki, własne i cudze artykuły oraz odkrycia i wspomnienia. Zawiera i informuje o wydarzeniach z branży zduńskiej oraz wystawach muzealnych. Wywołuje uczucia od melancholii po uśmiech. Buduje zamiłowanie do dawnych rzeczy, które przeminęły oraz promuje kulturę ognia.

Co i jak robią rzemieślnicy – 1898 r.

Dodane: 21 lip 2014
Komentarzy: Off

Wybór rzemiosła

Wybór rzemiosła to arcyważna epoka dla młodego człowieka i jego rodziców, równie ważna jak późniejsza, gdy stanie na ślubnym kobiercu. Wszak z rzemiosłem zawrzeć ma związek nierozerwalny, od niego zależeć będzie przyszła jego pomyślność i powodzenie.

Wybór rzemiosła zależy od dwóch warunków: majątkowego położenia rodziców i zdolności, oraz chęci ich syna; byłoby jednak naj rozsądniej, żeby syn zamiłował rzemiosło ojcowskie. Syn majstra rzemieślnika wtajemnicza się za młodu do rzemiosła ojcowskiego, poznaje materyały potrzebne do jego wyrobu, widzi narzędzia, zna ich użytek i wie cały przebieg roboty, dowiaduje się o trudnościach, towarzyszących rzemiosłu i t. d.; – ma zatem dokładne wyobrażenie o całem rzemiośle.

Aurelio Zingoni - Etenstijd (19de

Terminator kominiarski – dzieła Aurelio Zingoni – XIX w.

W mniej pomyślnych okolicznościach wzrasta syn czeladnika, lecz i on od czasu do czasu odwiedza ojca w warsztacie, przygląda się robocie, mimowolnie zatem i w nim budzi się ochota do pracy ojcowskiej. Dla tych młodzieńców, gdy po raz pierwszy przywdzieją fartuch rzemieślniczy, nic nie będzie nowością, znają niemal wszystko, ręce ich zabierają się raźnie do wykonania tego, co oczy ich widziały, przytem nie pracują pomiędzy ludźmi obcymi.

Jakże różne jest położenie młodzieńca, który obracał się dotąd w zupełnie innem kółku; czuje się on obcym pomiędzy obcymi, czuje się obcym pośród tych warsztatów i narzędzi, które widzi po raz pierwszy. Czuje się obcym wobec tego różnorodnego stopniowania czynności, którego celu nie zna i nie pojmuje. Jakże on samotny pomiędzy tylu nieznajomymi towarzyszami, jakże inaczej postępują tu z nim niż w domu rodzicielskim. Łzy kręcą mu się w oczach i gotów wybuchnąć płaczem na wspomnienie matki i ostatniego z nią pożegnania. Wszystko przejmuje go obawą, i postać poważnego majstra, który, jak sądzi, czyha tylko na to, ażeby go skarcić słowem lub czynem, i również poważni czeladzie i koledzy terminatorowie nie bardzo chętni nowemu przybyszowi.

Nie może on spamiętać nazwy narzędzi, stąd często czyni pomyłki, a gdy każą mu przynieść jedno narzędzie, przynosi drugie. Nie znajduje od razu materyału lub przedmiotu, jaki mu poszukać kazano, naraża się zatem na przykre uwagi i połajanki. Szczęśliwsi jego towarzysze, wspomniani powyżej, nie potrzebują przechodzić tych pierwocin nauki, uczą się samego rzemiosła niemal odrazu, znają wiele szczegółów rękodzieła, pozostaje im tylko nabycie wprawy. Czy można się dziwić, że dwaj pierwsi młodzieńcy znacznie większy uczynią postęp, niż ten, dla którego wszystko jest nowością.

Inne, jesze większe korzyści spływają na obu wzmiankowanych młodzieńców. Ojciec majster lub czeladnik długoletnią pracą nabył wielostronnego doświadczenia, poznał różne sztuczki i sposobiki ułatwiające wykonanie roboty, umie zawsze radzić sobie, zna wszystkie drobne tajemnice rzemiosła. Nie ukryje ich przed synem, przy każdej sposobności udzieli mu żądanej informacyi. Tak postąpi ojciec z synem, a nie z obcym młodzieńcem, dla którego chce zawsze pozostać najwyższą powagą w rzeczach dotyczących rzemiosła. Nie pokaże mu wszystkiego, myśli sobie: niech sam tego dojdzie, niech się biedzi i mozoli tak, jak ja biedziłem się, zanim nauczyłem się tego, co umiem.

W dawniejszych czasach ojciec przekazywał zwyczajnie synowi swoje rzemiosło. Tym zdrowym stosunkom zawdzięczali ówcześni rzemieślnicy poszanowanie, jakiem ich otaczano. Syn majstra, kształcący się w rzemiośle ojcowskim, obejmował i powiększał jego warsztat, zaprowadzał w nim ulepszenia, lub też obierał pewną gałąź rzemiosła, pewną specyalność, której wyrobem zajmował się wyłącznie.

Inne względy kierują tymi, którzy nie życzą sobie, ażeby ich syn w dalszym ciągu prowadzil rzemiosło ojcowskie. Ojciec z powodu niepowodzenia, jakiego doznał, życzy sobie, ażeby syn obral inne powołanie, nie bacząc na t0, iż po większej części sam spowodował swą niepomyślność, nie zaś rzemiosło, jakie uprawiał. Ojciec, zniechęcający syna do swego rzemiosła, zapomina o tern, iż pomimo swej niepomyślności nabył znacznej dozy doświadczenia, które syna jego uchronić może od zawodu, jakiego sam doznał.

Gdyby zapytano wielu rzemieślników, czy zadowoleni są ze swego rzemiosła, po większej części odpowiedzieliby przecząco, przedstawiliby je ze strony najgorszej, jakby obawiali się współzawodnictwa. Znaleźliby się i tacy, którzy, powodowani nierozsądną ambicją, wyrażaliby się o niem z pewnem lekceważeniem, twierdząc, iż jest niewdzięczne, niepopłatne. Na co syn mój, mówią, ma doznać tych przykrości i rozczarowań, jakich ja doznałem; przed nim stoi cały świat otworem, wszak może wyszukać sobie lepszy kawałek chleba. A tak rzemioslo, które utrzymywało
rodziców i całą rodzinę, uważane jest za zbyt skromne i niekorzystne dla syna.

Niestety, zbyt późno okazują się smutne następstwa tego lekceważenia. Syn wstępuje w sferę zupełnie nieznaną, o której ma niejasne, przesadzone wyobrażenie. Nieraz potrzeba mu rady, pomocy ale do kogóż się uda? Ojciec nie zna tych nowych stosunków i wymagań powołania synowskiego, radzić mu więc nie może. Syn popełnia jedne pomyłki po drugich; dobrze jeszcze, jeżeli pobudzą go one do za-stanowienia, jeżeli nauczą rozumu; po większej części wszakże wychodzą mu jedynie na szkodę.

Gdy ojciec ma kilku synów, jeden tylko obiera rzemiosło ojcowskie, inni muszą, jak to mówią, pójść do ludzi. Ojciec poszukuje zatem miejsca dla drugiego syna u jednego ze znanych sobie lub nieznanych majstrów. Sprawa to niełatwa, na jedno miejsce wakujące jest częstokroć kilkunastu kandydatów. Pospolicie wybór majstra pada na młodzieńca najporządniej ubranego, miłej, wesołej powierzchowności, posiadającego świadectwo ze szkoły elementarnej i poleconego przez znajomego kolegę lub przyjaciela. Być może, że tym szczęśliwym wybrańcem będzie syn wzmiankowanego rzemieślnika, który zadowolony z umieszczenia syna, w wesołym humorze powróci do domu.

Ojciec umieścił syna w warsztacie, ale nie przyszło mu nawet na myśl zapytać go, czy miał ochotę do tego rzemiosła. Zapełnił nim tylko opróżnioną lukę i sądzi, że w zupełności wywiązał się ze swego obowiązku. Takie postępowanie wywołało poniekąd słuszne oburzenie ludzi myślących; wszakże okoliczności nie zawsze dozwalają na uwzględnienie chęci młodego człowieka. Dzieje się to z winy ojca, albowiem zbyt późno pomyślał o wyborze powołania dla syna.

Wybór rzemiosła, jak już powyżej powiedziano, to sprawa arcyważna, dlatego przez czas dłuższy nad nią zastanowić się wypada, nie zaś dopiero wówczas, gdy nadejdzie chwila ukończenia szkoły początkowej, lub gdy syn lenistwem, zbijaniem bąków, da się we znaki rodzicom i sąsiadom. O przyszłem powołaniu syna trzeba myśleć przez lat kilka, długo badać, do jakiej pracy mechanicznej okazuje ochotę, zwrócić uwagę na jego zdrowie, zastanowić się, czy rzemiosło do którego zachęcić go zamierzamy nie zaszkodzi mu, czy nie będzie zbyt trudne, i czy zapewni mu stały zarobek.

W niektórych krajach istnieją oddzielne stowarzyszenia, zajmujące się losem przyszłych terminatorów; udzielają one rady rodzicom, pośredniczą w wynalezieniu miejsca, rozciągają nadzór nad młodzieżą terminującą i kreślą umowy z majstrami. Niestety nie posiadamy podobnych stowarzyszeń, cały zatem ciężar wynalezienia terminu spada na ojca.

Aurelio Zingoni - 19de Terminator kominiarski – dzieła Aurelio Zingoni – XIX w.

Jeśli ojcu istotnie leży na sercu przyszła pomyślność syna, to powinien zbadać stosunki zewnętrzne i wewnętrzne różnych rzemiosł, dowiedzieć się o ich zwyczajach i urządzeniach i poznać trudności, towarzyszące każdemu rzemiosłu (…) jakiego wysiłku fizycznego i umysłowego wymaga to lub owo rzemiosło, i jakie obiecuje korzyści temu, kto się mu poświęcić zamierza. Na tle tych danych ojciec z łatwością będzie mógł czynić nowe postrzeżenia, uzna niektóre warsztaty za nieodpowiednie dla swego syna, pozostanie zatem nieznaczna liczba zakładów rzemieślniczych, z pomiędzy których wybór nie będzie już tak trudny, Nie na tem jednak ograniczać się powinna troskliwość ojcowska. Gdy ojciec poweźmie stałe postanowienie co do warsztatu, w którym pomieścić syna zamierza, pozostaje mu jeszcze zachęcić, zainteresować syna do wybranego rzemiosła i zaznajomić z jego przyszłymi kolegami. Niechaj więc ojciec, jakby od niechcenia, zaprowadzi syna do warsztatu, zwróci uwagę jego na rodzaj pracy i zatrudnienia i rozbudzi w nim chęć taką, aby wytworzyła się szczera ochota do odnośnego rzemiosła. Nie zawadziłoby też z pewną uroczystością obchodzić dzień, kiedy syn po raz pierwszy wstąpi do warsztatu.

Przymus, bezwzględny rozkaz rodzicielski, może w samym zarodku przytłumić ochotę do każdej czynności i zniechęcić syna do narzuconego mu rzemiosła. Nigdy go nie zamiłuje, na zawsze pozostanie ono dla niego ciężką pańszczyzną odrabianą z musu, bez tego wewnętrznego zadowolenia, jaki sprawia każda praca podjęta z własnej woli. Syn, któremu narzucono rzemiosło, przypisywać będzie wszelkie niepowodzenie przymusowi; jeśli zaś ojciec postąpi w sposób powyższy, to może z zamiłowaniem zajmie się rzemiosłem, któremu w przeciwnym razie złorzeczyć nie przestanie.

Oprócz wyboru rzemiosła, ojciec szczególną powinien zwrócić uwagę na wybór majstra i nie powierzać syna takiemu rzemieślnikowi, który-że użyjemy przykładu, dopiero w piątek pożycza pieniędzy na  kupno skóry potrzebnej do wykonania obstalunku na niedzielę. Nie powinien powierzać syna fabrykantowi, nieznającemu rzemiosła, jakiem się zajmuje, ani takiemu rzemieślnikowi, którego rozległe interesa zniewalają do przebywania ustawicznie w kantorze. U takiego majstra rządzą czeladzie według swej woli,  jeden tak, drugi inaczej. Pokażą wiele, ale nie nauczą obchodzić się sumiennie z materyałem i władać zręcznie narzędziami; wszak nie mają żadnego obowiązku, aby szczerze i uczciwie zajęli się terminatorem.

Również niedobrze będzie oddawać syna do fabryk, wyrabiających specyalne maszyny; nie czynią tam wielkiej różnicy pomiędzy robotnikami a terminatorami, syn wykształci się jednostronnie, a gdy skończy termin, nie znajdzie zajęcia w innym warsztacie, lub nie da sobie w nim rady.

Najlepszą szkołą dla przyszłego rzemieślnika będzie niewielki warsztat, – urządzony wzorowo pod względem hygienicznym, w którym sam majster pracuje. Wejrzy on we wszystko, nic nie ujdzie jego baczności; możesz być pewny, że syn twój nie nauczy się tu grubijaństwa, lenistwa, opieszałości. Sam majster stanowi tu o wszystkiem, ocenia wszystkich tak jak na to zasługują. Przyświeca wszystkim własnym przykładem, pierwszy przybywa do warsztatu i ostatni wychodzi. Wyszukaj takiego majstra, a możesz być spokojny o twego syna. Nie obawiaj się, że w jego warsztacie wykszta1ci się jednostronnie, niechaj uzdolni się należycie w tym niewielkim zakresie, to później z łatwością w większym pracować będzie. Nie przeczymy, że nie łatwo przyjdzie znaleźć takiego majstra, dlatego wcześnie pomyśleć należy o jego wyszukaniu.

Wyznać trzeba, że w naszych czasach kształcenie terminatorów nie przynosi majstrom korzyści i z początku przysparzają oni tylko wydatków, a gdy poduczą się cokolwiek, zrywają umowę i wabieni większem wynagrodzeniem, przechodzą do fabryk lub innych zakładów rzemieślniczych. Dziwić się tedy nie należy, że wielu majstrów nie chce przyjmować terminatorów, a ci, którzy ich przyjmują, żądają pewnego
wynagrodzenia za naukę, lub używają ich z początku do posług domowych i przeciągają termin jak najdłużej.

Dzisiejsze wadliwe stosunki powstały stąd, że obie strony, zarówno majster jak terminator, mają na względzie wyłącznie bezpośrednią swą korzyść materyalną; nie pozostało też już ani śladu tego stosunku napółojcowskiego, jaki łączył dawniejszych majstrów z terminatorami, do czego niemało przyczyniły się dwie okoliczności:

Dawniej młodzież rzemieślnicza mieszkała zwykle u majstrów i przez cały czas terminu pozostawała pod ich wyłączną opieką. Wprawdzie nie zawsze mieszkania uczniów rzemieślniczych odpowiadały wymaganiom hygieny, lecz bądż co bądź terminatorzy pozostawali pod stałym nadzorem majstra, który uważał się za obowiązanego do przestrzegania ich, kierowania nimi pod względem moralnym i po za godzinami pracy obowiązkowej. W ostatnich czasach stosunki te uległy zmianie. Zwierzchność powodowana względami hygienicznemi zażądała, ażeby terminatorowie posiadali oddzielną sypialnię zastosowaną do ilości łóżek, co wobec drożyzny mieszkań, tak dalece zniechęciło majstrów, iż przeważnie przyjmują już tylko terminatorów przychodnich. Nie stanowi to wielkiej różnicy dla synów, których rodzice mieszkają w tem samem mieście, gdyż po pracy dziennej powrócić mogą na nocleg do domu rodzicielskiego; lecz młodzież rzemieślnicza, przybywająca z dalszych okolic kraju, zmuszona jest do poszukiwania sobie mieszkania u osób obcych, lokuje się tedy, gdzie może, narażając się na przebywanie z nieznanymi ludźmi i kolegami.

Wiadomo powszechnie, jak pochopny jest młody człowiek do naśladowania wszystkiego, co widzi i słyszy co postrzega u równych sobie lub nieco starszych kolegów, i jak lekkomyślnie przyjmuje wszelkie wrażenia. Towarzystwo starszego o lat kilka chłopca lub rówieśnika, który nie wzrastał pod błogim wpływem rozsądnych rodziców może niepomyślnie oddziaływać na choćby jak najstaranniej wychowanego młodzieńca i postawić go na równi z młodzieżą najmniej zasługującą na naśladowanie. Wobec tego godzi się zapytać, czy stosowanie przepisów hygienicznych istotną przyniosło korzyść terminatorom rzemieślniczym?

Młodzież po za godzinami pracy uwolniona od wszelkiego nadzoru, łatwo może ponieść donioślejszy szwank na zdrowiu w innym kierunku, niż ten, od którego zabezpieczyć go zamierzano. Postępując konekwentnie, należałoby rozciągnąć nadzór hygieniczno-moralny i nad temi mieszkaniami, w których młodzież obecnie przebywa, co jest rzeczą wprost niemożliwą.

Niemniej szkodliwa jest druga okoliczność. W naszych czasach upowszechnia się zwyczaj tak zwanego strawnego, zamiast dawniej udzielanych posiłków. Prawda, że stołowanie terminatorów sprawia nieraz wiele przykrości gospodyni domu. Częstokroć terminatorzy, idąc za przykładem wybredniejszych starszych kolegów, mieli zbyt wygórowane wymagania. Majstrowie, chcąc raz na zawsze położyć kres, wynikającemu stąd nieporozumieniu i wzajemnej niechęci zamienili posiłek w naturze na strawne.. Ale cóż stąd wynikło? Terminatorzy, chcąc oszczędzić grosz jaki, karmią się byle czem w tej epoce, w której zdrowy dostatni posilek jest tak niezbędny.

Jedynym środkiem usunięcia tych opłakanych stosunków byłoby szczere wzajemne porozumienie się pomiędzy majstrami i rodzicami terminatorów. Za pierwszy krok do tego uważać należy zaprowadzone już przez wielu majstrów piśmienne umowy, obejmujące następne punkty.

I) Dokładne oznaczenie czasu przeznaczonego na próbę.
2) Czas trwania terminu.
3) Oznaczenie długości pracy dziennej.
4) Oznaczenie wynagrodzenia za pracę po za
godzinami obowiązkowemi.
5) Do kogo należy sprawianie odzieży terminatorom.
6) Zobowiązanie uczęszczania do szkoły niedzielnej.
7) Bliższe określenie egzaminu, jaki ma składać terminator ze znajomości rzemiosła przed wyzwoleniem.
8) Wysokość umówionej opłaty za naukę, jeśli obie strony przyjęły ten warunek.
9) Określenie kary pieniężnej przyjętej zobopólnie za zerwanie niniejszej umowy.
10) Zobowiązanie majstra do opieki nad terminatorem podczas choroby.

 

Garncarze, kaflarze i zduni

Niepodobna oznaczyć początku sztuki garncarskiej, wiemy wszakże, iż starożytni Egipcyanie znali ją od naj dawniejszych czasów, albowiem w naj niższych warstwach mułu nilowego odnaleziono czerepy różnych naczyń kuchennych. Nadto na malaturach egipskich znacznie późniejszej daty widzimy garncarzy depczących glinę, postaciujących z niej w ręku i na kółku garncarskiem różne naczynia, i wypalających je w piecu.

Egipcyanie upowszechnili sztukę garncarską w krajach ościennych, prawdopodobnie najprzód w Grecyi i Azyi Mniejszej, której miasta od dawna słynęły z wyrobu naczyń glinianych,-następnie we Włoszech. Z tych czasów datują wyroby dawnych Etrusków w Toskanii, które dotąd są wzorem godnym naśladowania. Około 5oo-go roku po Chrystusie wraz z innemi rzemiosłami upadło garncarstwo, i dopiero pod koniec XV -go wieku. gdy Portugalczykowie zaczęli sprowadzać z Chin wyroby porcelanowe, nastąpił w tem rzemiośle zwrót ku lepszemu. Włosi, naśladując porcelanę chińską, wynaleźli fajans, tak zwany od miasta Faenza, w którem najprzód ukazały się naczynia z glinki czerwonawej pokrytej białą polewą.

Odtąd garncarstwo uczyniło postęp ogromny; wszakże najpośledniejsze naczynia gliniane robią się dziś jeszcze niemal w ten sam sposób, jak przed wiekami. Garncarz wyrabia doniczki, garnki, rynki. dzbanki, donice, gładyszki i wiele innych. Przygotowuje on glinę w podobny sposób jak ceglarz, przerabia ją nogami, usuwa kamienie i inne obce ciała, składa na oddzielnem miejscu, przerzyna nożem podobnym do zwyczajnego tasaka na cienkie plastry, znów usuwa kamyki, znów zgarnia glinę, raz jeszcze przerzyna i przerabia rękami. Zeskrobuje drewnianem narzędziem chropowatości, ponownie przerabia, przerzyna i oczyszcza. Praca to mozolna i dł’uga, lecz garncarz chętnie podejmuje się jej, gdyż wie, że od całkowitego usunięcia najdrobniejszych kamyków zależy doskonałość wyrobu.

Warsztatem jego jest znane od dawna kółko garncarskie, złożone z dwóch tarcz okrągłych, drewnianych, osadzonych na pionowej osi. Na mniejszej tarczy garncarz postaciuje swe wyroby, większa służy do nadania mniejszej ruchu obrotowego. Wielkiej potrzeba zręczności, aby kółko garncarskie wprowadzić w ruch przesuwaniem nogą większego koła. Tokarz depcze z góry na dół, garncarz porusza koło nogą z prawej strony ku lewej.

Wyrób kafli. Garncarz bierze bryłę gliny wysoką na 50 centymetrów, i zależnie od wielkości kafli, jakie ma zrobić, lepi z niej graniastosłup prostokątny, poczem rozkrawa go drutem na cienkie tabliczki jednakowej grubości. Tabliczki te mają stanowić podstawę kafla. Wyrabia do każdego kafla okrągłą rurę z gliny wysokości żądanej, nadaje jej postać czworograniastą i przylepia do tabliczki. Polewa i wypalanie odbywa się tak jak innych wyrobów.

Rzemiosło to rozpadło się na dwie gałęzie: garncarstwo, kt6rem zajmują się po największej części w pobliżu miast mniejszych; i zduństwo, trudniące się wyłącznie wyrobem kafli i stawianiem pieców.

Młodzież, zamierzająca wstąpić na naukę do zduna, powinnaby ukończyć przynajmniej szkołę elementarną, albowiem przyszłe jej zajęcie wymaga więcej znajomości niż prostego garncarza. Nauka trwa lat 4, jest bezpłatna. Termińatorzy otrzymują pomieszkanie i wikt. Młody człowiek, wstępujący do tego rzemiosła, powinien być dosyć silny, ażeby mógł unieść naczynie z gliną lub kaflami. Czeladnik otrzymuje z początku 4 ruble tygodniowo, później 5 i więcej, gdyż większa część reperacyi płaci się od umowy.

Każdy dom większy w mieście powierza stałemu zdunowi reperacye i nowe roboty, wszakże największy dochód zdunów stanowi stawianie pieców w nowobudowanych domach. Założenie własnego warsztatu nie wymaga znacznego kapitału, a byleby majster zduński umiał dysponować, postępować z publicznością i nie puszczać się na ryzykowne przedsiębiorstwa, może być pewny powodzenia.

p0239.bmp

 

O glinie i wyrobie cegieł…

Wiadomo z Pisma św, że Egipcyanie zmuszali Izraelitów do wyrobu cegieł, lubo składały się one z mułu nilowego pomieszanego ze słomą i tylko su- szone były na słońcu Właściwą ceglę, to jest cegłę wypalaną znali już Babilończykowie i Assyryjczykowie; prawdopodobnie też jest ona ich wynalazkiem, Świadczą o tem istniejące dotąd ruiny Babilonu i innych miast większych. Sztuka wypalania cegieł musiała tu dosięgnąć wysokiego stopnia doskonałości, gdy nietylko na wielu cegłach wyciskano imię królów, lecz z cegieł glazurowanych, rozmaicie zabarwionych, układano posadzki Rzymianie stawiali z cegieł budowle i przenieśli sztukę ich wypalania do Europy zachodniej. Obecnie w każdym kraju, w pobliżu większych miast znajdują się liczne cegielnie, w których wypalają z gliny cegły i dachówki, wszakże nie wszelka glina przydatna jest do ich wyrobu.

Glina bywa barwy białawej, żółtawej, niebieskawej, lecz czysta glina zawsze jest koloru białego. Rozmaite jej zabarwienie pochodzi od różnych przymieszek. Glina dziwnie pochłania wodę, tworzy z nią ciągłą spójną masę, dającą się urabiać w pewne formy, czyli jest plastyczną, to znaczy podatną. Plastycznością albo podatnością zowie się zdolność przybierania żądanej postaci; plastyczny albo podatny jest ogrzany wosk, świeży chleb, dlatego można z nich wyrabiać kwiaty, liście, słowem nadawać im różne kształty. Tę własność posiadają wszystkie gatunki gliny, lubo nie w jednakowym stopniu. Glina najbardziej podatna zowie się tlustą albo dlugą, ponieważ zarobiona wodą tworzy masę. łatwo dającą się rozciągać bez rozerwania. Chudą albo krótką gliną nazywamy tę, która po zarobieniu wodą stanowi masę chropowatą, łatwo rwącą się i mało podatną. Tszystkie gatunki gliny kurczą się podczas suszenia i wypalania; tłusta kurczy się więcej niż chuda. Przez wypalanie glina staje się tak twarda, że stal uderzona o nią wydaje iskry. Glina znajduje się w zwierzchniej warstwie ziemi, częstokroć nawet na jej powierzchni. Najlepiej kopać ją w lecie lub jesieni, gdyż wówczas mniej jest wilgotna, zatem dobywanie jest tańsze i łatwiejsze.

Rozpoczynamy od przedmiotów wyrabianych z najniższego gatunku tego materyału, to jest gliny ceglarskiej. Stanowi ona przejście od gliny do piasku.Posiada barwę żółtawą lub właściwie brunatną, przechodzącą po wypaleniu w czerwoną. Z wodą tworzy masę niebardzo podatną i nie wytrzymuje wysokiego gorąca. Glina ta oprócz do wyrobu cegieł służy jeszcze z dodatkiem słomy do wylepiania ognisk i kominów. Po wydobyciu z glinianki, robotnik rozgarnia ją na warstwy niezbyt grube i wystawia. przez dłuższy przeciąg czasu na wpływ powietrza, wilgoci, szczególniej zaś mrozu; wówczas glina staje się pulchną i zowie się odleżałą. Odleżałą glinę zarabia sic: po raz drugi, co odbywa się w oddzielnych dołach na trzy metry głębokich. Po dostatecznem rozmiękczeniu, depcze się ją w zagrodzie otoczonej grubemi deskami. Robotnik rozgarnia najprzód jedną warstwę gliny, udeptuje ją, wyrzucając różne twarde ciała, jako to: żwir i inne przymieszki, od czasu do czasu przewraca udeptaną masę i oblewa wodą. Po przerobieniu pierwszej warstwy układa na niej drugą, następnie trzecią i t. d. depcząc bez przerwy, a gdy warstwa gliny dojdzie do tej grubości, iż niepodobna jej należycie przerobić, zgarnia ją na stronę i rozpościera nową. W wielu krajach zastępują deptanie różnemi maszynami. Jeśli glina jest zbyt tłusta, dodaje się do niej piasek; lepiej wszakże wybierać od razu glinę mniej tłustą, albowiem dodatek piasku zwiększa koszt wyrobu.

Po przygotowaniu gliny przystępuje robotnik do wyrobu cegiel, co się zowie strychowaniem. Do tej roboty potrzebne są formy prostokątne, z obu stron otwarte, drewniane lub żelazne. Muszą one jednakże być ze względu na kurczenie się gliny znacznie większe od cegieł, jakie otrzymać chcemy. Niekiedy formom nadają podwójną szerokość, dla otrzymania odrazu dwóch cegieł. Aby uniknąć przylegania gliny do ścian formy, wysypuje się ją piaskiem, wrzuca w nią glinę i mocno ugniata za pomocą deseczki zwanej strychulcem, zgarnia resztę wystającą ponad formę, a potrząsnąwszy formą, wyrzuca jej zawartość na deskę. Gdy cała deska wypełni się, robotnik odstawia ję. na bok. aby cegły wyschły na powietrzu.

Gdy o tyle wyschną, iż bez obawy uszkodzenia przenieść się dadzą, układa się z nich na równem miejscu stosy tak, ażeby powietrze przez nie przewiewać mogło, i pozostawia do zupełnego wyschnięcia. Cegła będzie tern lepsza, im doskonalej wyschnie na powietrzu. Niedokładnie wysuszone cegły kurczą się przy wypalaniu i pękają. Podczas suszenia cegły stawiają się na sztorc, to jest na ścianie najwęższej, gdyż ściana na której spoczywają mniej się kurczy od innych. Aby cegły nie przylegały do siebie, przestawia się je od czasu do czasu i przesypuje piaskiem. Zręczny strycharz może zrobić dziennie przeszlo półtora tysiąca sztuk cegieł. Po całkowitem wysuszeniu cegieł następuje ich wypałanie w oddzielnych piecach. I tu również cegły stawiają się sztorcem, to jest na wązkich ścianach tak, że stoją jedne na drugich, wzajemnie krzyżują się i w takiem są od siebie oddaleniu, że płomień wszystkie obejmuje. W podobny sposób wyrabiają się dachówki, lecz do ich wyrobu potrzeba lepszej, doskonalszej gliny, przerobionej w oddzielnych młynach. Zwykle wypalają je razem z cegłami, ale pomieszczają w górn ych częściach pieca, ponieważ z powodu cienkości nie potrzebują tak wysokiej temperatury. Chcąc dachówkom nadać sinawą barwę, wrzuca się do pieców kilka pęków olszyny z liśćmi i zamyka wszystkie otwory. Powstający stąd dym osadza węgiel w porach dachówki i nadaje jej sinawą barwę.

DSC_0054

Piec do wypału cegieł- Gniezno- fot. M. Burdzy

OLYMPUS DIGITAL CAMERAWspółczesne ręczne formowanie cegieł – Gniezno – fot. M.Burdzy

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Suszenie cegieł – Gniezno – fot. M. Burdzy

p0222.bmp

 

Tekst pochodzi z publikacji:

“Co i jak robią rzemieślnicy. Opis rzemiosł dla młodzieży, tudzież przewodnik przy wyborze powołania”

Henryk Wernic, 1898 r.